Projekt 365

Czternasty dzień projektu, a ja już o nim piszę? Jeszcze 2 tygodnie temu stwierdziłabym, że po paru miesiącach najwcześniej będę mogła wysnuć jakieś wnioski. Jednak okazało się, żę doba ma AŻ 24 godziny i naprawdę wiele można zrobić (i dowiedzieć się) w tym czasie. Szczególnie wtedy, gdy wprowadza się w życie taki projekt.

Na początku były zdjęcia

Pierwotny zamysł P365 opiera się o proste polecenie - przez 365 dni zrobić 365 zdjęć na 365 różnych tematów. Te ostatnie można wymyślać samemu albo wspomóc się listą, jakich w internecie nie brakuje. Jest to wyzwanie i przy okazji niezła szkoła dla każdego fotografa, gdyż wymaga uruchamiania codziennie pokładów kreatywności, „patrzenia zdjęciami”, a także wykorzystywania (i poznawania) nowych technik. Przy okazji można dobrze poznać możliwości swojego sprzętu, a już na pewno swoje braki i umiejętności.

Gdy zapadła w mojej głowie decyzja, o podjęciu się tego projektu, postanowiłam dorzucić do niego 5 nawyków i 5 czynności związanych z jedną z moich nadrzędnych wartości w życiu - twórczością. O ile nawyki są do ogarnięcia, bo są zadaniowe, o tyle już poukładanie w planie dnia pięciu różnych procesów twórczych nie należy do najłatwiejszych. 

Złoty środek

Pierwotne założenie było takie, by codziennie spędzić nad jednym z tematów co najmniej godzinę albo do wykonania pełnego zadania (stworzyć coś/nauczyć się czegoś od początku do końca, w czasie krótszym niż godzina). Już czwartego dnia wiedziałam, że muszę nieco zmienić zasady gry. Okazało się, że nad każdym tematem siedziałam dłużej niż godzinę. Mało tego. Jak się w coś wkręciłam, potrafiłam spędzić na tym 3-4 godziny, zapominając, że jeszcze trzeba spać, jeść… i cała reszta konieczności. 

Dres stał się moim ulubionym outfitem, spałam średnio 4h na dobę i jadłam 2 posiłki dziennie. „No, długo się tak nie da. A nawet chyba nie chcę” - pomyślałam. I to był głos rozumu. Gdyby nie jego interwencja, to naprawdę mogłabym pewnie tak funkcjonować do totalnego wykończenia się. Bo gdy się robi, co się robić lubi, to naprawdę zapomina się o ciele. Mimo niewyspania i całej reszty, energia rozsadza. Cudowny stan. Ale - jak wszystko, co cudowne - lepiej sobie go dawkować.

Pojawił się więc dylemat. Skoro proces twórczy lubi trwać parę godzin (od wkręcenia się, przez flow, a na próbie zamknięcia tematu skończywszy), a dziennie nie mam tyle czasu do rozdysponowania, może zmniejszyć liczbę dodatkowych zajęć z 5 do 3? Trudno było mi tak szybko zrezygnować, zwłaszcza że nie wiedziałabym z czego. 

Zastanowiłam się więc, na czym mi zależy. Na tym, by to wszystko robić codziennie, czy może - by robić to systematycznie. Zrozumiałam, że to nie wyścig i tak naprawdę chcę systematyczności. By raz zdobyta wiedza i osiągnięty poziom nie przepadały. Żebym miała poczucie rozwoju i namacalne jego efekty. Tak więc podzieliłam te zajęcia na: 2, które robię codziennie i 3, które robię co drugi dzień.
W dni, kiedy robię rzeczy z trójki, mniej czasu poświęcam na te z dwójki. 
Póki co, sprawdza się ten system. Nie czuję, że walczę z czasem i mam pełną radość z każdego z zadań. 

Co może dać Ci taki projekt?

Możesz się zdziwić, jak dużo potrafisz zrobić w ciągu dnia. Oczywiście potrzebny jest balans i nie chodzi o to, by robić jak najwięcej. Ale, planując na początku więcej (nawet jeśli realizacja wydaje się nieosiągalna), dajemy sobie mały wycisk. Ten zaś jest źródłem naprawdę dobrego feedbacku. Poznajemy granice swojej wytrzymałości. Odkrywamy, czy na rzeczach, które postanowiliśmy robić, faktycznie tak bardzo nam zależy. Dowiadujemy się, które nas obecnie kręcą bardziej, które mniej. 

Jeśli miałeś do tej pory problemy z planowaniem, prawdopodobnie tu się z nimi pożegnasz. Gdy liczy się każde 15 minut, bez planu ani rusz. A tym chętniej się planuje, im bardziej chce się robić to, co w planie widnieje. Zaś czynności, które musimy wykonywać, choć nie koniecznie chcemy, „robią się same”. Znasz ten stan, gdy tak masz zaprzątniętą czymś głowę, że nawet nie wiesz, kiedy coś zrobiłeś? Praktycznie nie ma miejsca na myślenie o tym, jak bardzo Ci się nie chce czegoś robić. Gdy jesteś nakręcony na to, co zrobisz później, inne zadania tak bardzo nie ciążą. 

Możliwe, że pożegnasz się też z perfekcjonizmem. To ewidentnie jedna z moich wad. I, uwierz, z każdym wystawianym na pokaz zdjęciem czy tekstem, czuję coraz mniejsze napięcie. Mało tego. Poczucie, że „nie musi być najlepiej, może być dobrze” przełożyło mi się na życie. Tak, w tak krótkim czasie. Zaczęłam czerpać radość z rzeczy, które wcześniej zjadały mnie energetycznie, gdyż „tak bardzo musiałam być świetna w tym, co robię”. Im więcej rzeczy robię dobrze (a nie idealnie) i widzę, że świat się nie zawala, tym bardziej wchodzi mi to w krew.

Szansa na inne odkrycia

Jednego dnia bardzo późno wróciłam do domu. Wykończona i głodna. Do końca dnia zostało 40 minut, a ja nie wstawiłam żadnego zdjęcia. Poleciałam zrobić zdjęcie zarośniętego auta, które stało na moim osiedlu. W pędzie obróbka, fotka wstawiona, zadowolenie z siebie: tysiąc. Ale przez adrenalinę nie spałam potem do 2ej. Znów noc zarwana, a następny dzień obciążony brakiem snu. 



Parę dni później powtórka. Późny powrót, zmęczenie i wyrzuty, że nie wykonałam foto zadania. Prawie się do tego zabrałam. Mózg wręcz odruchowo wskoczył na najwyższe obroty i wtedy poczułam się jak niewolnik. Znów zaczęły nachodzić mnie myśli, że zawiodę nie tyle obserwujących projekt, ale przede wszystkim siebie. Będę taka a taka. Nie będę zasługiwać na to i tamto… Oh my guts… Serio? Naprawdę tak myślę? To było odkrycie dnia - jak bardzo jestem dla siebie surowa. Przypomniało mi się dzieciństwo i zrozumiałam, że żyję wciąż pod dyktando rodziców. Jestem chodzącym dyktafonem, który odtwarza nagrane niegdyś „mądrości życiowe”. I tego dnia wstawiłam nietypowe zdjęcie. Piękny jpg wypełniony bielą. Dowód na niewykonanie zadania. I poczułam się równie dobrze jak wtedy, gdy wstawiłam robione na ostatnią chwilę zdjęcie samochodu. 

Jeśli pomyślałeś choć przez chwilę, by podjąć się podobnego projektu - just do it! Oczywiście nie zaczniesz, póki nie będziesz wiedzieć, co byś chciał do życia wprowadzić/czego Ci w nim brakuje. Jeśli nie wiesz jak zacząć, tutaj dzielę się wskazówkami, które pomogły mi znaleźć odpowiedzi na te pytania.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bądź sobą po angielsku

A co Ty dziś zrobiłeś dla siebie?