Oda do przyjaźni
Wpisana w naturę człowieka potrzeba miłości (romantycznej) ma swoje oczywiste uzasadnienie. Jak każdy inny ssak, człowiek ma potrzebę rozmnażania, by utrzymać gatunek w odpowiedniej liczebności. Jednak, w dobie spłaszczonych relacji i nietrwałych związków, to przyjaźń wydaje się być skarbem, którego warto szukać.
Trudne początki
Cofam się myślą do podstawówki. Byli koledzy, były koleżanki. Te ostatnie z czasem wydawały się być przyjaciółkami. Wiedziały o mnie wiele, miały moje zaufanie i gotowość do pomocy (czasem wręcz heroicznej, jak na kogoś w wieku 7-15 lat). Pierwszy zgrzyt przełknęłam, chyba tylko dlatego, że bałam się braku koleżanek. Widzieć je codziennie w szkole, na podwórku i mieć w nich wroga? Było nie do pomyślenia.
Drugiego zgrzytu (choć tu już nasuwa się słowo cios) nie przełknęłam. I nie było to skutkiem olśnienia w stylu "mogę sobie sama funkcjonować i mieć się dobrze". Tego uczucia jeszcze długo nie znałam. Ale odkryłam, że w kolegowaniu się z chłopakami nie ma nic złego, zwłaszcza gdy zainteresowania ma się podobne. Co prawda przyjaźni damsko-męskiej nie umiałam sobie wtedy nawet wyobrazić, nie łącząc jej z miłością, ale koleżeństwo, które chwilami przypominało wręcz przyjaźń, wystarczyło, by przeżyć do liceum, potem do studiów itd.
Czy to po podstawówkowych perypetiach, czy na skutek innych przeżyć z dzieciństwa, przyjaźń zamknęłam w słoiku i odłożyłam na najwyższą półkę w spiżarni rzeczy nie do ruszania. Często wygłaszałam opinie, że przyjaźń to mrzonka. Kolejne doświadczenia tylko mnie tym utwierdzały. Wystarczył koniec liceum, zrealizowanie jakiejś potrzeby, wejście w związek czy poznanie kogoś innego, by wcześniejsze zapewnienia o przyjaźni okazywały się mydlanymi bańkami w kaktusiarni (i mówię tu też o sobie, bo i ja bywałam stroną, która zawiodła). Choć wiązało się to wtedy z poczuciem niesprawiedliwości, szukanie winnych szybko okazywało się nie mieć sensu, bo wszyscy uczymy się, w swoim tempie, czym jest przyjaźń i miłość. A że wszyscy ich potrzebujemy, czasem pospiesznie nazywamy coś, co do końca tym czymś nie jest.
Tak więc, od czasów podstawówki, szukałam jedynie miłości. Z czasem paradoksalne wydało mi się przekonanie, że bez niej będę nieszczęśliwa. Rodzice zostawili bagaż wspomnień, który raczej powinien odżegnywać od wchodzenia w związki i zakładania rodziny. Ale, jak to często bywa w takich przypadkach, widocznie szukałam miłości, której nie dostałam tam, gdzie zwykle na początku ją się dostaje.
Praktyka czyni rzeczy jaśniejszymi
Choć kolejne rozpadające się związki zostawiały w środku spore rany, z perspektywy czasu nie żałuję ani jednego. Dla kogoś, kto nie miał dobrego przykładu w domu, nie ma lepszych lekcji, niż te z praktyką w roli głównej. Dzięki praktykowaniu odkryłam coś bardzo ciekawego. Z czasem, jako jedną z głównych - istotnych dla mnie - cech związku, zaczęłam wymieniać przyjaźń. Jeśli uważasz podobnie, pewnie nie widzisz w tym niczego odkrywczego. Znam jednak osoby, które oddzielają te dwie rzeczy. Nie raz spotykałam się z opiniami, że jak chcę gadać o problemach, to powinnam sobie przyjaciółkę znaleźć. Podobnie facet - jak coś go męczy, to ma spotkać się z kolegami, napić się, popsioczyć bez zgłębiania tematu i „po problemie”. Spotkałam w życiu kilka takich par i wiedziałam, że dla mnie to jakiś inny świat. Oczywiście, jeśli ktoś jest szczęśliwy w takiej relacji (dobrał się z partnerem pod tym kątem), to nie ma w tym nic złego.
Tak więc słoik z przyjaźnią sam się otworzył. Zostało tylko dowiedzieć się, czym różni się po prostu przyjaźń od tej w związku.
Rodzaje przyjaźni
Obecnie mogę stwierdzić, że różni je przede wszystkim jedno - tę po prostu przyjaźń zbudować jest o wiele trudniej. Ma to oczywiście swoje zalety - taka przyjaźń ma większe szanse na przetrwanie, niż ta związkowa, która często zostaje wystawiona na próbę, gdy miłość mija.
Jak się buduje taka przyjaźń? Na pewno scenariuszy można by opisać wiele. Na pewno wymaga czasu, szczerości i otwarcia/odsłonięcia się (a więc i zbudowania zaufania). I jedno jest pewne - nie da się jej zbudować na siłę. Zalety przyjaźni pewnie są oczywiste. Jeśli dla Ciebie jeszcze nie, przemilczę, bo życzę Ci, byś poznał je na własnej skórze. Byś je odkrył, a nie próbował się ich doszukiwać. Poza tym - jak to w związkach - u każdego będzie inna. Przyjaźń musi powstać naturalnie, by była przyjaźnią. Często rodzi się jako efekt uboczny wspólnych zainteresowań, poglądów i nieopisanej radości ze spędzania ze sobą czasu. Przyjaźń jest trochę jak zakochanie, ale bez tej tzw. chemii.
Zaś przyjaźń związkowa jest jakby skutkiem ubocznym (jeśli ma dobre warunki) lub zaczątkiem związku. Jest czymś, co przychodzi naturalnie, gdy dwie osoby, powodowane miłością, spędzają ze sobą dużo czasu. Dla mnie jest bardzo ważna w związku, gdyż pozwala przetrwać nie jedną próbę. A już na pewno łagodzi wszelkie sytuacje, w których ludzie mogliby pójść na noże i wbijać sobie szpile. Dzięki przyjaźni ego schodzi na dalszy plan. A przecież to, w jakim klimacie np. się rozstajemy, jest bardzo ważne. Ma to bowiem duży wpływ na nasze samopoczucie, samoocenę i nierzadko na nasze przekonania, o które opieramy kolejne relacje.
Trudne początki
Cofam się myślą do podstawówki. Byli koledzy, były koleżanki. Te ostatnie z czasem wydawały się być przyjaciółkami. Wiedziały o mnie wiele, miały moje zaufanie i gotowość do pomocy (czasem wręcz heroicznej, jak na kogoś w wieku 7-15 lat). Pierwszy zgrzyt przełknęłam, chyba tylko dlatego, że bałam się braku koleżanek. Widzieć je codziennie w szkole, na podwórku i mieć w nich wroga? Było nie do pomyślenia.
Drugiego zgrzytu (choć tu już nasuwa się słowo cios) nie przełknęłam. I nie było to skutkiem olśnienia w stylu "mogę sobie sama funkcjonować i mieć się dobrze". Tego uczucia jeszcze długo nie znałam. Ale odkryłam, że w kolegowaniu się z chłopakami nie ma nic złego, zwłaszcza gdy zainteresowania ma się podobne. Co prawda przyjaźni damsko-męskiej nie umiałam sobie wtedy nawet wyobrazić, nie łącząc jej z miłością, ale koleżeństwo, które chwilami przypominało wręcz przyjaźń, wystarczyło, by przeżyć do liceum, potem do studiów itd.
Czy to po podstawówkowych perypetiach, czy na skutek innych przeżyć z dzieciństwa, przyjaźń zamknęłam w słoiku i odłożyłam na najwyższą półkę w spiżarni rzeczy nie do ruszania. Często wygłaszałam opinie, że przyjaźń to mrzonka. Kolejne doświadczenia tylko mnie tym utwierdzały. Wystarczył koniec liceum, zrealizowanie jakiejś potrzeby, wejście w związek czy poznanie kogoś innego, by wcześniejsze zapewnienia o przyjaźni okazywały się mydlanymi bańkami w kaktusiarni (i mówię tu też o sobie, bo i ja bywałam stroną, która zawiodła). Choć wiązało się to wtedy z poczuciem niesprawiedliwości, szukanie winnych szybko okazywało się nie mieć sensu, bo wszyscy uczymy się, w swoim tempie, czym jest przyjaźń i miłość. A że wszyscy ich potrzebujemy, czasem pospiesznie nazywamy coś, co do końca tym czymś nie jest.
Tak więc, od czasów podstawówki, szukałam jedynie miłości. Z czasem paradoksalne wydało mi się przekonanie, że bez niej będę nieszczęśliwa. Rodzice zostawili bagaż wspomnień, który raczej powinien odżegnywać od wchodzenia w związki i zakładania rodziny. Ale, jak to często bywa w takich przypadkach, widocznie szukałam miłości, której nie dostałam tam, gdzie zwykle na początku ją się dostaje.
Praktyka czyni rzeczy jaśniejszymi
Choć kolejne rozpadające się związki zostawiały w środku spore rany, z perspektywy czasu nie żałuję ani jednego. Dla kogoś, kto nie miał dobrego przykładu w domu, nie ma lepszych lekcji, niż te z praktyką w roli głównej. Dzięki praktykowaniu odkryłam coś bardzo ciekawego. Z czasem, jako jedną z głównych - istotnych dla mnie - cech związku, zaczęłam wymieniać przyjaźń. Jeśli uważasz podobnie, pewnie nie widzisz w tym niczego odkrywczego. Znam jednak osoby, które oddzielają te dwie rzeczy. Nie raz spotykałam się z opiniami, że jak chcę gadać o problemach, to powinnam sobie przyjaciółkę znaleźć. Podobnie facet - jak coś go męczy, to ma spotkać się z kolegami, napić się, popsioczyć bez zgłębiania tematu i „po problemie”. Spotkałam w życiu kilka takich par i wiedziałam, że dla mnie to jakiś inny świat. Oczywiście, jeśli ktoś jest szczęśliwy w takiej relacji (dobrał się z partnerem pod tym kątem), to nie ma w tym nic złego.
Tak więc słoik z przyjaźnią sam się otworzył. Zostało tylko dowiedzieć się, czym różni się po prostu przyjaźń od tej w związku.
Rodzaje przyjaźni
Obecnie mogę stwierdzić, że różni je przede wszystkim jedno - tę po prostu przyjaźń zbudować jest o wiele trudniej. Ma to oczywiście swoje zalety - taka przyjaźń ma większe szanse na przetrwanie, niż ta związkowa, która często zostaje wystawiona na próbę, gdy miłość mija.
Jak się buduje taka przyjaźń? Na pewno scenariuszy można by opisać wiele. Na pewno wymaga czasu, szczerości i otwarcia/odsłonięcia się (a więc i zbudowania zaufania). I jedno jest pewne - nie da się jej zbudować na siłę. Zalety przyjaźni pewnie są oczywiste. Jeśli dla Ciebie jeszcze nie, przemilczę, bo życzę Ci, byś poznał je na własnej skórze. Byś je odkrył, a nie próbował się ich doszukiwać. Poza tym - jak to w związkach - u każdego będzie inna. Przyjaźń musi powstać naturalnie, by była przyjaźnią. Często rodzi się jako efekt uboczny wspólnych zainteresowań, poglądów i nieopisanej radości ze spędzania ze sobą czasu. Przyjaźń jest trochę jak zakochanie, ale bez tej tzw. chemii.
Zaś przyjaźń związkowa jest jakby skutkiem ubocznym (jeśli ma dobre warunki) lub zaczątkiem związku. Jest czymś, co przychodzi naturalnie, gdy dwie osoby, powodowane miłością, spędzają ze sobą dużo czasu. Dla mnie jest bardzo ważna w związku, gdyż pozwala przetrwać nie jedną próbę. A już na pewno łagodzi wszelkie sytuacje, w których ludzie mogliby pójść na noże i wbijać sobie szpile. Dzięki przyjaźni ego schodzi na dalszy plan. A przecież to, w jakim klimacie np. się rozstajemy, jest bardzo ważne. Ma to bowiem duży wpływ na nasze samopoczucie, samoocenę i nierzadko na nasze przekonania, o które opieramy kolejne relacje.
Komentarze
Prześlij komentarz